Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

STYGMAT BAALA, recenzja Wandy Nowik-Pali

 

STYGMAT BAALA

w opowiadaniach Juraty Bogny Serafińskiej


Zgodnie z tezą Heraklita nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Wszystko płynie. Jeśli nawet, to najwidoczniej istnieją pechowcy, którzy nigdy nie trafili na moment, gdy rzeką płynęło dobro. Nie chcieli lub nie potrafili go odnaleźć, a może nie pozwalał im na to odziedziczony po przodkach stygmat Baala. Ten kananejski i fenicki bóg przyrody i płodności, przez magów i czarnoksiężników często identyfikowany z diabłem, odcisnął w ludzkiej naturze niezatarte piętno. Jest nim niepohamowany popęd płciowy. Nie w każdym odzywa się on z jednakową siłą. Większość wpatrzona w ukochane oczy i niebo gwiaździste nad głową, potrafi odnaleźć w sobie na tyle silne prawo moralne, by nie ulec jego podszeptom. Nietrudno jednak zauważyć, że istnieją wyjątki. A skoro Natura w swej mądrości zdecydowała, że wszystko powinno się równoważyć, więc automatycznie silniejszy fizycznie mężczyzna musiał się okazać słabszy moralnie.

I nic w tym dziwnego, skoro Ba`al po hebrajsku oznacza właśnie pana.

 

Nie wiem, czy powyższe rozumowanie miało coś wspólnego z wyborem tematów opowiadań zawartych w książce Juraty Bogny Serafińskiej „Gorzki smak czekolady”, ale zdają się one potwierdzać tę tezę. Nie będę się upierała, że maczał w tym palce jedynie Baal, może brała w tym udział również grecka bogini Kirke, która potrafiła zamieniać mężczyzn w świnie (patrz: Odyseja Homera), fakt jest faktem, że spośród 21 opowiadań aż 16 poświęconych jest skomplikowanym układom damsko-męskim.

Niewiele tu romantyzmu, rzecz dotyczy bowiem dojrzałych, samotnych kobiet i równie wiekowych lowelasów, chociaż na ogół nie wiek jest sprawcą zamieszania lecz rozbieżność wzajemnych oczekiwań. Nawet samodzielne, świetnie sobie radzące kobiety czasami potrzebują wsparcia, czułości i poczucia bezpieczeństwa. Są piękne, czarujące, dbają o zdrowie i kondycję, ubierają się elegancko, mają szerokie zainteresowania, z zapałem się dokształcają, realizują plany i marzenia. Lecz są chwile, gdy samotność ciąży im jak kamień. Co prawda pociechą jest radość z poczucia wolności: już niczego nie muszą, nigdzie się nie spieszą, śpią kiedy się czują zmęczone, gotują i sprzątają, gdy mają na to ochotę. A jednak te nieodrodne córy Wenus tęsknią za miłością, bo tylko to uczucie mogłoby sprawić, że podjęłyby kolejną próbę życia we dwoje. Dlaczego nie ryzykują? Czasem powstrzymuje je obawa przed śmiesznością, bo obiektem pożądania jest o wiele młodszy mężczyzna, czasem zraża jego natręctwo, prymitywizm lub nieuczciwość. Bywa jednak, że zauroczone elokwencją, inteligencją i wytrwałością starań wybranka ulegają, najczęściej jednak wszystko kończy się wielkim rozczarowaniem. Mają pecha. Stanowią łatwy łup dla pewnego typu mężczyzn. Trafiają na niewyżytych seksoholików, naciągaczy, dewiantów psychicznych i różnego rodzaju motylki, których celem jest zapylenie jak największej liczby kwiatów. Tego rodzaju mężczyzna jest na ogół wytrwały. Potrafi „pracować” nad obiektem kilka miesięcy, by wkrótce po osiągnięciu celu rozpocząć wszystko od nowa. Kobieta zaliczona przestaje być wyzwaniem, staje się ciężarem, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć, zaczyna jej więc unikać. A ona cierpi, niepokoi się, czy mu się przypadkiem coś złego nie stało, walczy z uczuciem, aż w końcu wraca do równowagi, by po jakimś czasie wpaść w ramiona następnego. Chociaż obiecywała sobie, że więcej nikomu nie uwierzy i nigdy się już nie zakocha.

Jaki obraz się z tego wyłania? Wrażliwa, inteligentna kobieta pełna naiwnej wiary w miłość i chory psychicznie lub pozbawiony skrupułów, niezdolny do trwałego uczucia, kierujący się popędami mężczyzna. Złośliwość losu, czy dotyk Baala? A może po prostu pech?

Wszystko jest bardziej skomplikowane, bo chociaż człowiek ma wolną wolę i świadomość, to w kwestii wyboru partnera wielkie znaczenie odgrywają wszechwładne i nieprzewidywalne uczucia, na powstanie których z kolei mają wpływ tak prozaiczne sprawy jak feromony, nie mówiąc już o kompleksach Edypa czy Elektry. W tej sytuacji popełnianie błędów jest więc rzeczą normalną. Ale bolesną i nie dającą gwarancji, że wszystko się nie powtórzy...

Jurata Bogna Serafińska ukazuje nam kolejne pary, jakby chciała powiedzieć: nie macie co się wysilać, wasz los został przesądzony. Chociaż różnicie się wyglądem, wykształceniem, inteligencją i imionami, gracie w tej samej sztuce napisanej u zarania dziejów. I choćbyście nie wiem jak próbowali się z tej roli wyzwolić, nie potraficie, bo z tej sceny jest tylko jedno wyjście. Nie wiem tylko, jak nazwać tę sztukę, bo nawet jeśli jest to dramat, to z cechami komedii, przerysowane portrety bohaterów chwilami przywodzą bowiem na myśl mistrzów tej miary co Zapolska, Gogol lub Czechow.

Wrażenie zamknięcia w kręgu niemożności potęguje umieszczenie akcji w środowisku wielkomiejskim. Bohaterowie krążą po mieszkaniach jak w klatkach, nie czują więzi z sąsiadami. Przyglądają się im podejrzliwie tak samo, jak autorka.

Jurata jest mistrzynią doszukiwania się głębi w sprawach dnia codziennego. Drąży tę codzienność i okazuje się, że nie jest ona wcale taka szara, mieni się bowiem barwami uczuć, zmiennością nastrojów, bogactwem marzeń, dążeń i zdarzeń, które niesie los. Autorka potrafi prowadzić narrację zarówno z punktu widzenia kobiety, jak i mężczyzny. Jest dobrą obserwatorką. Pisze z pasją i przekonaniem.

Mieszkając w typowym blokowisku styka się z taką plejadą osobowości, że wystarczy ich na pierwowzory wielu następnych opowieści. Nie wiem tylko, dlaczego wyławia jedynie typy negatywne. Czyżby w jej otoczeniu nie było przyzwoitych ludzi? A może cudze szczęście nie jest tak ciekawe jak rozpacz i ból? Nikogo już dzisiaj nie obchodzi, że ktoś komuś uwierzył i się nie zawiódł? Czy to świat uległ wykrzywieniu, czy nasza psychika? Epatowani przez media drastycznymi scenami tracimy wrażliwość. Szerzy się znieczulica, nieuczciwość, zakłamanie i agresja. Homo homini lupus? Baal się cieszy.

A czytelnik „Gorzkiego smaku czekolady” czuje smak prawdziwego życia, z całą jego złożonością i dążeniem do pochwycenia tego, co pochwycić się nie da.

 

Wanda Nowik-Pala

 

Jurata Bogna Serafińska „Gorzki smak czekolady”, Krosno 2010, s. 286.

Wydanie dwujęzyczne, na serbski tłumaczyła Olga Lalić-Krowicka

 

 

 

 

 

 

Dodatkowe informacje